spacestr

🔔 This profile hasn't been claimed yet. If this is your Nostr profile, you can claim it.

Edit
Sylwia K.
Member since: 2025-10-10
Sylwia K.
Sylwia K. 3h

MOGĘ UFAĆ I JEDNOCZEŚNIE SIĘ BAĆ. Czym właściwie jest wsparcie? Czym jest prawdziwa obecność przy drugim człowieku? Pisząc te słowa, zdaję sobie sprawę, że sama nie zawsze potrafiłam dać innym takie wsparcie, jakiego potrzebowali. Czasami za szybko chciałam pomóc, znaleźć rozwiązanie, powiedzieć coś mądrego, podnieść kogoś na duchu, zamiast po prostu wysłuchać. Coraz głębiej rozumiem, że wsparcie nie zawsze polega na tym, co powiemy. Czasami największym wsparciem jest właśnie to, czego nie próbujemy zmienić w drugim człowieku. Bo my często nie potrzebujemy rady, potrzebujemy przestrzeni, w której możemy być prawdziwi, bez konieczności poprawiania swoich emocji, tłumaczenia ich czy udowadniania, że jesteśmy silniejsi, niż w danym momencie się czujemy. Jakiś czas temu byłam na kawie z koleżanką w pewnym momencie, opowiadając o czymś dla mnie trudnym, rozpłakałam się. Usłyszałam wtedy, że powinnam być silna i pełna wiary. Wiem, że za tymi słowami stała bardzo dobra intencja, ale we mnie wydarzyło się coś zupełnie innego. Poczułam wstyd. Poczułam ten dobrze znany, dziecięcy skurcz w brzuchu, który pojawia się wtedy, kiedy moje emocje nie zostają przyjęte. Jakby jakaś część mnie usłyszała: „Nie powinnaś teraz taka być. To, co czujesz, nie jest właściwe”. I niemal automatycznie przestałam płakać, zmieniłam temat, wróciłam do tej wersji siebie, która potrafi sobie poradzić. Ale czy naprawdę poczułam się lepiej? Nie. Po prostu przestałam pokazywać to, co we mnie żywe. I właśnie dlatego o tym piszę. Bo mam wrażenie, że bardzo często mylimy siłę z nieodczuwaniem słabości, a zaufanie z nieobecnością lęku. Jakby człowiek, który naprawdę ufa życiu, nie miał prawa się bać. Jakby wiara, świadomość czy wewnętrzna dojrzałość miały nas doprowadzić do miejsca, w którym już nic nas nie porusza, nic nie boli, nic nie zachwieje naszym poczuciem bezpieczeństwa. A ja czuję, że to nie tak. Zaufanie nie jest stanem, w którym lęk przestaje istnieć, zaufanie jest przestrzenią, w której lęk również może się pojawić, a ja nie muszę z tego powodu tracić kontaktu ze sobą. Kiedy mówię, że się boję, nie oznacza to, że żyję w permanentnym strachu. Nie oznacza to, że przestałam ufać życiu, sobie czy temu, co się wydarza. Oznacza to tylko tyle, że w tej konkretnej chwili jest we mnie lęk. I naprawdę nie potrzebuję wtedy usłyszeć, że nie powinnam się bać bo co właściwie dzieje się z człowiekiem, kiedy słyszy, że nie powinien czuć tego, co właśnie czuje? Czy jego lęk znika? Czy może uczy się jedynie, że pewnych części siebie lepiej nie pokazywać? Zaczyna kontrolować łzy, dobierać słowa, chować drżenie głosu. Z czasem może nawet sam przed sobą udawać, że wszystko jest w porządku. I w ten sposób coś, co miało być wsparciem, nieświadomie staje się kolejnym doświadczeniem emocjonalnego osamotnienia. Myślę, że może czasami tak bardzo chcemy, żeby drugi człowiek przestał się bać, ponieważ sami nie potrafimy spokojnie być przy jego lęku. Może jego bezradność dotyka naszej bezradności. Jego łzy budzą w nas dyskomfort, więc próbujemy jak najszybciej coś naprawić. Mówimy: „Bądź silna”, „Zaufaj”, „Nie martw się”, „Wszystko będzie dobrze”. A może wcale nie chodzi o to, żeby natychmiast zrobiło się dobrze? Przypomniała mi się scena z filmu, którą kiedyś zobaczyłam. Kobieta leży na podłodze i płacze, jest w ogromnym bólu, całym swoim ciałem przeżywa to, co się w niej wydarza. Z tarasu obserwują ją dwaj mężczyźni, jeden z nich jest jej mężem, drugi Indianinem. Mąż, widząc jej cierpienie, chce natychmiast do niej pobiec, ale drugi mężczyzna go zatrzymuje. Mówi coś, co bardzo zapadło mi w pamięć:„Pozwól jej na to. Ona tego potrzebuje. To jest jej moment”. I jest w tej scenie coś niezwykle ważnego, bo kiedy widzimy drugiego człowieka w bólu, często naszym pierwszym odruchem jest chęć natychmiastowego wyciągnięcia go z tego doświadczenia. Chcemy, żeby przestał płakać, żeby się uspokoił, żeby poczuł ulgę a czasami to, czego najbardziej potrzebuje, to właśnie pozwolenie sobie na przeżycie tego, co w nim jest. Bez pośpiechu. Bez zawstydzania. Bez przekonywania, że powinien już być gdzie indziej ze swoimi emocjami. Bo nie każdy płacz jest prośbą o ratunek. Czasami jest potrzebą wypłakania tego, co zbyt długo nie miało przestrzeni, żeby zostać poczute. I nie chodzi o to, żeby zostawić człowieka samego z cierpieniem, chodzi o to, żeby nie odbierać mu prawa do jego przeżywania. Można być blisko i nie ingerować. Można trzymać kogoś za rękę i nie próbować zatrzymać jego łez. Można wspierać, nie przyspieszając czyjegoś procesu. Myślę, że to ogromna sztuka. Być przy drugim człowieku, nie próbując uczynić jego emocji wygodniejszymi dla siebie. Moje zaufanie do życia jest znacznie głębsze niż kiedyś, ale nie dlatego, że przestałam się bać. Wręcz przeciwnie. Jest mocniejsze, ponieważ nie traktuję własnego lęku jak wroga. Dla mnie on też jest częścią tej drogi, a nie czymś, co świadczy o tym, że zawiodłam, że za mało ufam.Kiedy przychodzi, nie próbuję natychmiast go odsunąć, nie przykrywam go pozytywnym myśleniem, nie przekonuję siebie na siłę, że przecież powinnam wiedzieć lepiej, rozumieć więcej, ufać mocniej. Patrzę mu w oczy. Zapraszam go do swojego świata i pytam: Dlaczego przyszedłeś? Co próbujesz mi pokazać? Czego tak naprawdę się boję? Wypowiadam na głos to, czego się boję. Czasami dopiero wtedy słyszę, co tak naprawdę we mnie żyje i nie muszę od razu znać odpowiedzi. I nie muszę sprawiać, żeby natychmiast odszedł, bo zrozumiałam coś bardzo ważnego.To nie sam lęk najbardziej oddala mnie od zaufania, czasami robi to dopiero moja walka z tym, że w ogóle się pojawił.Kiedy zaczynam się bać własnego lęku, tworzy się we mnie dodatkowe napięcie. Już nie tylko boję się tego, co może się wydarzyć, ale zaczynam jeszcze oceniać siebie za to, że się boję. Jakbym za każdym razem, kiedy poczuję strach, musiała od nowa udowadniać sobie, że ufam. A przecież mogę ufać życiu i jednocześnie nie wiedzieć, co będzie dalej.Mogę wierzyć, że sobie poradzę, i jednocześnie potrzebować czyjejś dłoni. Mogę być świadomą, silną kobietą i mieć dzień, w którym po prostu chce mi się płakać, wyć i leżeć na podłodze. I to w żaden sposób nie ujmuje mojemu zaufaniu. Mogę czuć wdzięczność za swoje życie i jednocześnie przeżywać coś, co jest dla mnie trudne. Jedno nie unieważnia drugiego. Bo czy można mówić o prawdziwym zaufaniu do siebie, jeśli ufam sobie tylko wtedy, kiedy jestem spokojna, odważna i pełna wiary? A co ze mną, kiedy drżę? Kiedy nie wiem? Kiedy potrzebuję wsparcia? Czy wtedy również jestem dla siebie bezpiecznym miejscem? To pytanie jest dla mnie bardzo ważne, bo widzę, że prawdziwe poczucie bezpieczeństwa nie rodzi się z przekonania, że nic trudnego mnie nie spotka. Rodzi się z doświadczenia, że nawet kiedy będzie trudno, nie opuszczę samej siebie, nie odwrócę się od siebie tylko dlatego, że czuję coś, czego nie chciałabym czuć. Nie będę wymagała od siebie spokoju w chwili, kiedy wszystko we mnie drży. Bo siła nie zawsze wygląda tak, jak nas nauczono. Czasami siłą jest działanie pomimo lęku, a czasami pozwolenie sobie na to, żeby przez chwilę niczego nie udźwignąć. Czasami jest nią odwaga, by zrobić kolejny krok, a czasami odwaga, by powiedzieć: „Boję się. Jest mi trudno. Potrzebuję, żeby ktoś przy mnie był”. I dokładnie tak samo rozumiem obecność przy drugim człowieku, nie muszę odbierać mu lęku, żeby go wspierać. Nie muszę przekonywać go, że powinien ufać. Nie muszę nawet rozumieć wszystkiego, co przeżywa. Mogę po prostu przy nim zostać. Mogę powiedzieć: „Jestem z tobą. Opowiedz mi, czego się boisz”. „Jak wygląda ten lęk?” „Co jest w tym dla ciebie najtrudniejsze?” „Nie musisz teraz być silna. Możemy się temu przyjrzeć razem”. A czasami mogę po prostu zapytać: „Czego teraz ode mnie potrzebujesz? Chcesz, żebym cię wysłuchała, czy żebym pomogła Ci znaleźć rozwiązanie?”. Bo przecież wsparcie nie polega na tym, żeby dawać drugiemu człowiekowi to, co my uważamy za najlepsze, polega na gotowości zobaczenia, czego on naprawdę potrzebuje. Czasami taka obecność daje znacznie więcej niż wszystkie nasze mądre rady, bo drugi człowiek nie musi już zużywać swojej energii na ukrywanie tego, co czuje. Nie musi udowadniać swojej siły, nie musi bronić własnych emocji. Może po prostu być. A kiedy człowiek czuje się przyjęty w tym, co przeżywa, często zaczyna odzyskiwać dostęp do własnej siły. Nie tej wymuszonej, zbudowanej na zaciskaniu zębów, ale tej spokojnej, która rodzi się z kontaktu ze sobą. Myślę też, że warto przyjrzeć się temu, jak łatwo można używać pięknych słów, takich jak wiara, zaufanie, świadomość czy siła, do nieświadomego odcinania się od własnego człowieczeństwa.Możemy tak bardzo chcieć być „w zaufaniu”, że zaczniemy wypierać wszystko, co do naszego wyobrażenia o zaufaniu nie pasuje. Będziemy pudrować lęk afirmacjami, przykrywać smutek wdzięcznością, a bezradność przekonaniem, że przecież wszystko dzieje się po coś. Nie twierdzę, że te słowa nie mają wartości. Mają i to ogromną! Ale nawet najpiękniejsza prawda może stać się sposobem ucieczki od siebie, jeśli używamy jej po to, żeby nie czuć, bo czym jest zaufanie, jeśli wymaga ode mnie nieustannego kontrolowania tego, co przeżywam? Czym jest świadomość, jeśli zaczynam używać jej do oceniania siebie za każdą trudną emocję? I czym jest siła, jeśli nie ma w niej miejsca na moją kruchość? I nie chcę budować swojego zaufania na wypieraniu tego, co niewygodne. Chcę, żeby miało miejsce również na moje łzy, niepewność, bezradność i wszystkie te momenty, w których jeszcze nie wiem. Chcę uczyć się ufać również wtedy, kiedy nie rozumiem, kiedy coś mnie przerasta, kiedy idę w nieznane i czuję, jak drży mi serce.Bo dla mnie właśnie wtedy zaufanie przestaje być jedynie piękną ideą, a staje się czymś, czego naprawdę doświadczam. I nie dlatego, że wiem, co się wydarzy, ale dlatego, że coraz bardziej ufam sobie również w tym, czego nie wiem. I wracając do tej kawy z koleżanką… Wiem, że w tamtym momencie nie potrzebowałam przypomnienia, że jestem silna. Potrzebowałam poczuć, że nie muszę być silna, żeby ktoś mógł przy mnie zostać, że moje łzy nie są dla nikogo problemem do rozwiązania. Że mogę na chwilę odłożyć swoją dzielność i nie stracę przez to niczyjej akceptacji. I sama również chcę coraz bardziej uczyć się dawać innym właśnie taką obecność. Nie idealną. Nie zawsze wiedzącą, co powiedzieć, ale taką, w której drugi człowiek nie musi rezygnować z prawdy o sobie, żeby poczuć się przyjęty. Bo największym darem, jaki możemy dać drugiemu człowiekowi, nie zawsze jest zapewnienie go, że wszystko będzie dobrze. Czasami jest nim doświadczenie, że nawet kiedy nie jest dobrze, nie musi być z tym sam. I chcę zostawić Was z jedną myślą. MOGĘ UFAĆ I BAĆ SIĘ DOKŁADNIE W TYM SAMYM MOMENCIE. Mogę mieć w sobie wiarę i niepewność. Mogę czuć siłę i kruchość. Mogę wiedzieć, że życie mnie niesie, i jednocześnie bać się kolejnego kroku. Nie muszę wybierać między jednym a drugim, bo moje zaufanie nie staje się słabsze tylko dlatego, że pojawił się lęk. Dla mnie staje się głębsze, kiedy przestaję wymagać od siebie, żeby ten lęk zniknął. A prawdziwa obecność? Dla mnie to coraz bardziej umiejętność powiedzenia drugiemu człowiekowi, niekoniecznie słowami: „Nie musisz stawać się kimś innym, niż jesteś w tej chwili, żebym mogła być blisko ciebie”. Bo czasami właśnie tego potrzebujemy najbardziej, nie kolejnej rady, nie naprawiania, nie przypominania nam, jacy powinniśmy być.Tylko drugiego człowieka, przy którym możemy wreszcie przestać udawać, że się nie boimy. Bo ja naprawdę ufam życiu i czasami naprawdę się boję. I jedno nie odbiera prawdy drugiemu. I tak właśnie wygląda moje ZAUFANIE. To zdjęcie nie jest przypadkowe. Jest na nim moja kochana Cora, zdjęcie pochodzi z okresu mojej pierwszej ceremonii z Ayahuaską. Bardzo się wtedy bałam, że nie udźwignę tego, co czułam i tego, co pojawiało się na mojej drodze uzdrawiania.A ONA, moja kochana Cora, swoją obecnością, spokojem i bezwarunkowym przyjęciem koiła mój lęk. Siadałam obok niej, kiedy nie potrafiłam objąć tego wszystkiego, co czułam. Kiedy emocje stawały się zbyt intensywne, a ja nie wiedziałam, jak sobie z nimi poradzić. Ona po prostu była. Nie musiałam niczego tłumaczyć, niczego ukrywać ani udawać, że jestem silniejsza, niż w tamtej chwili się czułam. I właśnie taka obecność była wtedy dla mnie jednym z najpiękniejszych darów. Sylwia 🌱💙🌼

Sylwia K.
Sylwia K. 20d

Welcome to Sylwia K. spacestr profile!

About Me

Psychodeliki

Interests

  • No interests listed.

Videos

Music

My store is coming soon!

Friends